„Światopogląd jednostki w warunkach rozpadu
społeczności tradycyjnej” Włodzimierza Pawluczuka to jedna z
najważniejszych książek, pozwalających zagłębić się w świat problemów tożsamościowych Białorusinów Podlasia w wieku XX.
Opisany przez autora dawny system wartości, oparty na niezmienności
pracy w równie niezmiennym środowisku żywym i nieożywionym, został wszak
bezpowrotnie utracony. Stanowił punkt wyjścia do wkroczenia w
nowoczesność, gdzie jednostka decyduje o sobie w stopniu o wiele
większym niż w silnie wiążących z sobą małych, autarkicznych grupach.
Wtedy na dobre rozchodzić zaczęły się drogi przyszłych sokólskich
Polaków i takich jak oni ich prawosławnych sąsiadów.

Na pewno niezastąpioną krynicą wiedzy dla każdego zainteresowanego
będzie tu także wielotomowy „Lud białoruski na Rusi Litewskiej:
materyały do etnografii słowiańskiej zgromadzone w latach 1877-1905”
Michała Fedorowskiego, z jakiego korzystał również Pawluczuk. Materiał
obu prac pozwala rozumieć procesy, do jakich z jednej strony
doprowadziły wieloletnie zmiany świadomości społeczności katolickiej i
prawosławnej, ale i ciąg niesprzyjających wydarzeń ponad ich głowami.
Bo właśnie efektem późniejszych, jakże licznych w wieku XX,
dziejowych zawieruch jest to, że dziś białoruska mniejszość w Polsce
bije się o przetrwanie wyłącznie w powiatach siemiatyckim, białostockim,
bielskim i przede wszystkim hajnowskim. Na północ od Białegostoku bitwa
o białoruską tożsamość wśród katolików została już dawno przegrana. Co
do tego doprowadziło? Poniżej postaram się przedstawić najważniejsze z
przyczyn, zaś pisząc o tytułowej Sokólszczyźnie mam na myśli z grubsza
tereny dzisiejszego powiatu sokólskiego.
Zacznijmy od pewnego oczywistego faktu. Podlasie leży na pograniczu
białoruskiego centrum życia
narodowego, a jednocześnie całkiem blisko silnego żywiołu polskiego.
Rzutowało to na ruską ludność tych ziem od bardzo dawna. To jednak nie
tłumaczy ostatecznie losów terenów położonych nieopodal Grodna i
odwiecznie z nim związanych (Dąbrowa, Sidra). W książce Michała
Fedorowskiego znajdziemy sporo cytatów z tych zakątków ziem
białoruskich, które znalazły się w późniejszej Republice Białoruś. Ale
znajdziemy w niej też niemało białoruskiego świadectwa z terenów
dzisiejszego polskiego województwa. Mnie szczególnie zainteresowały
rozmowy z mieszkańcami wsi Dryha (Dryga) i Chodorówka (Nowa, Stara) w
gminie Suchowola. Widać w nich już chociażby ewidentny wpływ języka
polskiego. Od „Mazurów” przejmowano „teraz”, a wyrzucano „kali”,
przejmowano „co” a zarzucano używanie „szto”. Działo się to bezwiednie i
płynnie dziesiątki lat, co uwidacznia porównanie przykładów gwarowych z
okolic Lidy czy Świsłoczy z tymi spod Sokółki. Oto jeden z tekstów
mieszkanki Drygi, Pauliny Dzieżko, spisany ok. 140 lat temu przez
Federowskiego:
Jednaho razu chłopcy zrabili zakład: jedzin każa że
pojdzie u nacze na mahiłki. Pryniesie kuostku czaławieczu i nazad na
toje samo miesco odniesie. – Nu dobro! Paszou juon a dwanastoj, prynios i
pakazau a jeny każuć: „Nu to adniesi teraz nazad”. Juon panuos a jeny
nie wieryli, da to paszli nahledam za im. Tak juon zanuos na miesco, aż u
tom mamenci jak zrobicie bura, usie kryże pahililisie, mahiły u haru
papadnimalisie i taja kuostka zrobiłasie wielka i u haru padniałasie.
Tak to juon zawiernuusie, da u nohi z mahiłak i potym z pierepałachu
chwareu douho, co aż mało nie umior. Ot jak zakład na licho wywiou.
Co innego treść wywiadów. Świat starodawnych podań, legend pełnych
przestróg, istot nadprzyrodzonych, mitów, nieboszczyków, pojawiających
się między nami i doradzających z zaświatów, to coś wspólnego dla
ruskiego (i nie tylko) obszaru etnograficznego w II połowie XIX wieku
bez względu na wyznawaną religię. Pawluczuk, w „Światopoglądzie
jednostki…” porównujący katolików z prawosławnymi, zwraca jednak uwagę,
że na wsiach katolickich daleko bardziej znacząca była rola Kościoła.
Tym większa, im bliżej przełomowego wieku XX. Badacze Sokólszczyzny lat
późniejszych, a wciąż jeszcze przed I wojną światową, wskazywali, iż
miejscowi katolicy utracili niemal całą spuściznę ludową, jaką Michałowi
Fedorowskiemu jeszcze udało się liznąć. Rzecz niepojęta z dłuższej
perspektywy historycznej, ale niestety smutnie prawdziwa. Co w zamian?
Ostateczne przechodzenie w świat ludowej, nieraz koślawej, niepełnej,
ale jednak jednoznacznie katolickiej religijności, łączonej później w
oczywisty sposób z polskością. A Kościół rzymskokatolicki poza
promowaniem języka polskiego kładł też mocny nacisk na przekazanie słowa
Bożego w duchu jedynej i nie współdzielonej z niczym innym prawdy. Tam
samym tępił wszystko, co poczytywał za gusła, zabobony, a przy okazji
przekazywał wyraźne nakazy i zakazy moralne zgodne z przykazaniami.
Nakaz bycia „dobrym katolikiem” jako pewien niepisany moralny wzór
zauważali już rozmówcy Fedorowskiego (Paweł Dzieżko, k. Suchowoli):
Dauniej Francuzy byli dobrymi katolikami jak my, a teraz tak papsulisie, że tylko samyje masony. Był to powolny proces.
Obecne w etnosie przybywającym na Podlasie ze wschodu wierzenia
pogańskie nie zniknęły mimo upływu setek lat. Pomalowane cienką warstwą
prawosławnej farbki przetrwały w postaci szeptuch, rzucania zaklęć,
mitycznych duchów czy też świętych gajów. Trwałość i koegzystencja
takich wierzeń tuż obok prawosławia jest widoczna nawet dziś na Polesiu
białoruskim i ukraińskim, a w szczątkowej formie w powiecie hajnowskim.
Pobożność ograniczano do pełnego przestrachu mistycyzmu Cerkwi i
nieodgadnionej tajemnicy Boga.
O ile na przełomie XIX i XX w. Białorusin – katolik z Sokółki, oraz
Białorusin – prawosławny z Bielska dzielili podobny mużycki los niejako w
opozycji do „Mazurów”, to trudno było mówić o jakiejś jedności tych
dwóch grup. Cytując zapisaną przez Fedorowskiego wypowiedź (z nad
Biebrzy):
Ruskije trymajuć niby zakon ad Pana Jezusa, papy ich usie
żanaty i za toje nie majuć prawa ludziam dawać kamunii rukami a tylko
łożeczkaju. (…)
Nasza wiera liepsza, bo u nas piekniej u
kaścieli na arganach hrajuć i śpiewajuć razam; u nas na abrazach biełyje
asoby, a u cerkwi murzatyje.
Wojna miała przynieść dodatkowe problemy. Proste społeczności
wiejskie swą wiedzę o świecie czerpały z kontaktów osobistych.
Najczęściej w obrębie jednej wsi, a od czasu do czasu od ludzi żyjących w
promieniu kilku-kilkunastu kilometrów. Exodus, którego setną rocznicę
obchodziliśmy w zeszłym roku, wywrócił tę rzeczywistość do góry nogami.
Doświadczenie
bieżeństwa, czyli przemieszczenie nieogarnionych
mas ludzkich o tysiące kilometrów przy jednoczesnym trwaniu pozostałych
na miejscu ugruntowało wśród mieszkańców ziem białoruskich
przeświadczenie, że „my to jednak nie oni”. Nie mogła tego zmienić nawet
wspólnota języka. No bo skoro MY zostajemy, a ONI wyjeżdżają „do
Rosiji”, to jakże mówić tu o wspólnocie? Działo się w to w sytuacji, gdy
na Sokólszczyźnie w najlepsze trwał proces przechodzenia miejscowej
ludności z poziomu tutejszego – katolika na katolika – Polaka, ale była
to wciąż świadomość słabo mierzalna, bardzo płytka i świeża. Obserwacja
bieżeństwa (z bliska czy z daleka) tylko potwierdziła wśród białoruskojęzycznych katolików tę dychotomię.
A co z prawosławnymi? Po powrotach możliwa była odbudowa domów,
gospodarki, tkanki ludzkiej, ale powrót do harmonii sprzed swoistego
końca świata był już niemożliwy. Katolików i prawosławnych dzieliły
zupełnie odmienne doświadczenia. Wraz z bałwochwalczym tumultem
rewolucji, którego pokłosie przelało się na ziemie białoruskie, przyszły
idee wywrotowe i buntownicze, przyniesione wraz z powracającymi a to z
Moskwy, a to z Syberii, a to znowuż z Mińska. Na gruncie
polityczno-religijnym doszło do zmiany pozycji prawosławnych, którzy
znaleźli się w ramach katolickiego państwa polskiego. Tym samym zatrząsł
się porządek rzeczy znany od przeszło stu lat, co w oralnej historii
międzypokoleniowej oznaczało wyjście poza ramy porządku wiecznego.
Katolicka część białoruskiego etnosu Sokólszczyzny doznała
najsilniejszych przeobrażeń już po wojnie. Katolicyzm, odczytywany
wyłącznie jako oddawanie czci Bogu i podległość papieżowi, w
dwudziestoleciu międzywojennym stał się instrumentem polonizacyjnym,
włączającym orbitujące wokół niego grupy w ramy tej samej
mesjanistycznej, pełnej martyrologii i miłości do ojczyzny, ideologii.
Carat jawił się katolikom z Sokółki jeszcze nie jako wróg śmiertelny,
ale „nie-nasz”, a tym samym jako obrońca ruskości we wszystkich jej
przejawach. I choć „tutejszość” na Sokólszczyźnie bardzo długo była
kategorią najbliższą sercu tak katolików jak i prawosławnych, to jednak
owo współdzielenie losu prześladowanej mniejszości z rdzennymi Polakami
(„Mazurami”) wytworzyło między mieszkańcem wsi sokólskiej i Łomży
przyszłą platformę porozumienia, a utrudniało ją w stosunku do
prawosławnych.
Kluczowy stał się też element ciągłego strachu przed bezbożnym (od
niedawna) wschodem, co w 1919 i 1920 r. stało się realnym zagrożeniem
tak dla dalszego istnienia państwa polskiego, jak i dla katolików jako
takich. Ponieważ na Sokólszczyźnie trudno było mówić o elicie
białoruskiej, zdolnej oddziaływać na masy, a pamięć o dawnych, wspólnych
zrywach uległa zatarciu, w obliczu nawały bolszewickiej z 1920 r. nie
odnowiono ducha wspólnej walki Rzeczypospolitej Obojga Narodów z
Moskalami. Tym co zostało w pamięci i co wtłoczono do państwowej
propagandy po zakończonej sukcesem obronie, była raczej Polska jako
przedmurze chrześcijaństwa i polskość jako jedyny gwarant przetrwania
katolicyzmu. A któryż z prostaczków spod Sokółki życzyłby sobie
przyjścia „końca świata” podobnego do tego, jaki spotkał ich
prawosławnych sąsiadów? Nikt. Toteż warto było być Polakiem i polskim
patriotą, bo tylko to gwarantowało trwanie ich Kościoła.
W największym jednak stopniu o późniejszym charakterze tutejszych
relacji zadecydowała efemeryczność Białoruskiej Republiki Ludowej, gdzie
białoruskich patriotów katolików bynajmniej nie brakowało. Pierwszy
premier BNR Józef Woronko urodził się wszak w Kuźnicy Białostockiej, a
wśród powołujących ją do krótkiego życia nie brakowało również
pojedynczych mieszkańców tych stron. Po upadku tej inicjatywy przepaść
między Białorusinami na Sokólszczyźnie, a tymi z Bielszczyzny,
Hajnowszczyzny już tylko rosła, a nie malała. Przyjmując polską optykę
prawosławni mogli poczuć się i być odbierani jak piąta kolumna wroga.
Niepewna, bo do wczoraj ściśle związana z Moskwą cerkiewną nicią i z
czasem coraz pełniejsza elementu wywrotowego. Czy tak było? I tak, i
nie. Pawluczuk tłumaczy tę zmianę tożsamościowymi procesami, odmiennie
przebiegającymi w głowach jednostek z powiatów katolickich i tych na
południe od Narwi, w sposób bardzo przekonujący.
W sytuacji rozpadu dawnej unitarnej społeczności wsi, a przede
wszystkim upadku autorytetów lokalnych, pewna część takiej zbiorowości
szuka nowych wzorców, nowych celów i nowego sensu. Częściowo mogła i
zapełniała tę pustkę nowa religia, a zatem pojawiające się w
międzywojniu jak grzyby po deszczu odłamy protestanckie – adwentyści,
baptyści, pomniejsze sekty. Orla, Dubicze, Michałowo – tam trafiali na
podatny grunt. Częściowo zapełniała ją ostentacyjna ucieczka jeszcze
bardziej do wewnątrz, a więc w samo prawosławie – jedyny pewnik w tych
niepewnych czasach. Częściowo zaś ukojenie mogła przynieść idea
narodowa. Ponieważ jednak emisariuszom idei białoruskiej działanie w
nowym terenie, przy mocno odmiennych doświadczeniach, wyniesionych z
większych miast, i różnicach językowych, przychodziło z dużym trudem,
lepiej było nawiązać do czynników ekonomicznych. Stąd właśnie rosnące
niemal z każdym rokiem poparcie dla Hromady i Komunistycznej Partii
Zachodniej Białorusi. Walka o coś abstrakcyjnego nie mogła porwać
tłumów, ale już walka o społeczną sprawiedliwość, rozumianą jako równy
status materialny każdego człowieka, dawała autentyczną nadzieję. Stąd
też w latach trzydziestych na Podlasiu zaroiło się od komórek KPZB.
Podczas gdy takie procesy zachodziły w powiecie bielskim i
hajnowskim, katolicka ludność białoruska nie podzielała dylematów
egzystencjalnych swych braci. Na Sokólszczyźnie przejście odbyło się
płynnie. Ze społeczności tutejszej – zapisanej jako katolicy, ale pełnej
więzi z dawnym światem, stała się wpierw jednoznacznie katolicka, by w
spisach powszechnych z lat 1918-39 określać siebie już jako polska.
Pustka pojawiła się na krótko i została błyskawicznie zastąpiona kultem
Matki Boskiej oraz żarliwą i pełną posłuszeństwa modlitwą do Pana
Jazusa. Przejście było o tyle łatwiejsze, że nikt nie kazał mużykom spod
Korycina stać się nagle „Mazurami”, czy przyjąć ich język. Nie było to
konieczne, ponieważ także „Mazurzy”, a więc polskojęzyczna ludność Łap
czy Moniek, aspirowali do zjednoczonej w katolicyzmie polskości.
Polskości, a więc czegoś ponad podhalańską góralszczyzną,
kurpiowszczyzną, czy znowuż lokalnym, wciąż tak różnym pod względem
językowym, kolorytem Dąbrowy czy Nowego Dworu.
A może w ogóle problem, nad którym się tu zastanawiamy, jest jakąś
wydumką środowiska
białoruskiego? Może, jak twierdzą dziś wyjątkowo mocno piętnujący każde
nawiązanie do białoruskości, a nade wszystko coraz liczniejsi,
nacjonaliści z Sokółki, mowa prosta to nie gwara białoruskiego, a
tutejsi katolicy byli tak naprawdę Polakami od zawsze? Proponuję znów
sięgnąć do Fedorowskiego i oddać głos samym mieszkańcom tych stron. Jan
Dzieżko, Dryga:
Mazury, co za rekaju na Polszczy, czasto śmiejućsie z
naszych ludziej, co chodziać u każuchu i świci i nazywajuć nas
Rusinami, Kapuśniakami, ale jeny samy nie lepszyje, bo na ich nie
zabaczysz innaho adzienia jak kupczo, a swaho nie wyrablajuć, bo ich
kabiety hultajki.
Tym, co pozostało jeszcze jako świadectwo dawnego pochodzenia, stały
się nazwiska mieszkańców oraz właśnie język prosty. Jeszcze jedno
zagranie historii – tym razem semantyczne – która dorzuciła niejeden
kamyczek, by sprawę samoidentyfikacji ludności tych ziem ułatwić
(utrudnić?). A cóż to znaczy „po prostu”? To znaczy po żadnemu. Prosty
znaczy ubogi. Nie szła za tym żadna potencjalna wartość. Pawluczuk
zauważa, że już przed wojną młodzież Sokólszczyzny starała się mówić
przede wszystkim po polsku. Nie znaczy to, że nie rozumiała albo nie
umiała mówić po prostemu (a mówić tak umiał również urodzony dużo
później ks. Jerzy Popiełuszko), ale równała do katolików zza miedzy,
czyszcząc i tak już bardzo oczyszczoną w zachodnich regionach powiatu
gwarę z białorutenizmów.
Efektem było wypchnięcie jakiejkolwiek białoruskości poza świadomość
mas, gdyż te tkwiły w coraz mocniej sadowiącej się polskości. Ponieważ
jednak Rzeczypospolita w ówczesnych jej granicach pozwalała chcącym i
ochotnym uczyć się, pracować i podróżować do Wilna czy do pobliskiego
Grodna, toteż życiodajne płyny narodowego odrodzenia płynęły w latach
20. i 30. XX w. również na Sokólszczyznę. Były to może strumyczki małe i
dość wyobcowane, ale jednak dające nadzieje, że walka nie jest jeszcze
stracona. To właśnie w zderzeniu z tymi centrami białoruskiego,
katolickiego żywiołu rodziły się wśród tych nielicznych jednostek
pytania o to, co naprawdę „rodne”.
Prócz wspomnianego już premiera BNR Józefa Woronki warto wspomnieć
działających w międzywojniu poetę Franciszka Hryszkiewicza z Suchowoli,
księdza i działacza białoruskiego Franciszka Hrynkiewicza oraz jego
brata Stanisława, a także wiele piszącego o białoruskich sprawach
Dominika Aniśkę ze Słojnik. Postaci te prócz pożądanych cech
przypominały jednak nie Kostusia Kalinowskiego z Mostowlan, praojca
późniejszej Białorusi, prędzej pewien zaczyn, samotne jaskółki, don
kichotów, przyjmowanych przez większość dość obojętnie.
Państwo polskie nie ułatwiało zadania, patrząc na język białoruski w
Kościele katolickim podobnie jak dziś na język białoruski w urzędach
patrzy Republika Białoruś. Wojna o dusze nie znosi kompromisów. I tu ich
być nie mogło.Tyle że nawet przy tak niesprzyjających warunkach i
nierównej walce o odrodzenie narodowe prawdziwa katastrofa miała dopiero
nadejść. Wraz z fizyczną eliminacją elity białoruskiej w BSRR przez
Józefa Stalina, II wojną światową i ponowną zmianą granic katolicka
Sokólszczyzna została w 1945 r. odcięta tak od Wilna, jak i od Grodna.
Nie mając już innych wzorców niż polskość, białoruskojęzyczni katolicy
utracili alternatywę. Zakrawa na ironię losu, że to co ostatecznie
przypieczętowało polskość na Sokólszczyźnie przyszło zatwierdzone rękami
Sowietów – ruskich, których tak się obawiano. Panbiałoruski ruch w PRL,
obejmujący prawosławnych i katolików, stał się od tej pory abstrakcją.
Nie takie były życzenia nowych komunistycznych włodarzy Warszawy i
Moskwy, zbyt wiele zaszło też w ciągu tych pięćdziesięciu lat, by można
to jeszcze jakoś odwrócić. Prawosławni zostali zepchnięci do
białoruskiego narożnika niejako siłą rzeczy, choć i tu udało się licznej
grupie przejść do obozu Polaków-prawosławnych, ale już katolicy takich
dylematów mieć nie mogli.
Rozpad społeczeństw i ich atomizacja, jaką niesie z sobą
nowoczesność, każe pytać o korzenie. Jednostki, które w XXI wieku
zaspokoiły pierwotne potrzeby piramidy Masłowa, dziś odkurzają stare
dokumenty, grzebią w księgach parafialnych, wspominają słowa dziadków.
Poszukiwania to całkiem ciekawe i kto wie, kogo w przyszłości jeszcze
zaskoczą.
(tekst pochodzi z miesięcznika "Czasopis", nr 5/2016)