sobota, 12 sierpnia 2017

Dunkierka - recenzja filmu

A dziś moja recenzja amerykańskiego filmu wojennego "Dunkierka" okraszona ogólną refleksją antywojenną. Polecam!

niedziela, 11 czerwca 2017

Co z tym "dla"?




Regionalizmy spotykane jak Polska długa i szeroka wzbudzają różne uczucia. Raz zainteresowanie lingwistów, raz dumę ich użytkowników, a raz rozbawienie całej Polski. Łączą w sobie archaiczne pojęcia, nierzadko zabawne zbitki sylab, a także nieoczekiwane skojarzenia. Ślązaków poznamy po ich „godce” i potakującym „ja”, górali podhalańskich po zwykle błędnie naśladowanym w mass mediach mazurzeniu, natomiast śledzi (Białystok i okolice) po niecodziennym użyciu przyimka „dla”. „Dać dla kogoś”, „powiedzieć dla nich”, „zarzucić dla niej”.

Zbyt często jednak poprzestajemy na prostej obserwacji faktu mówiąc: tak jest, tak tutaj mówią, ot gwara, dialekt i wsio. Warto jednak zadawać pytania i szukać odpowiedzi jeśli jakieś zjawisko jest dla nas niejasne. Wiele razy niepotrzebnie towarzyszy temu wyszydzanie inności i następujący po tym wstyd użytkowników. Regionalizmy są piękne i spotykane są w całym świecie. Jeżeli coś nie jest oczywistym błędem, niechlujstwem językowym, a wręcz mówi się to z zaznaczeniem własnej odrębności to świadczy tylko o świadomości własnego miejsca na ziemi i jego osobliwości.

Dlaczego więc przyimek „dla” z dopełniaczem zamiast celownika jest tak typowy dla województwa podlaskiego? Przede wszystkim należy tu uwzględnić rubieże językowe. Granica Polski przeważnie bywa również granicą polskiego osadnictwa i języka. Tak przyjęto uważać, ale w przypadku wschodnich Kresów nie jest to zasadne nawet dziś. Ostatnie zwarte skupiska zasiedlone przez ludność polskojęzyczną w dawnych wiekach znajdowały się zarówno na zachód od obecnej granicy politycznej (jak w powiecie bielsko-podlaskim - w jego zachodnich gminach), ale i daleko za wschód od niej (jak na przedwojennym Wołyniu, czy Podolu). Większość tych niuansów i etniczno-językowych przekładańców Kresów zniszczyła wojna. Nie wszędzie jednak. Etniczno-językowa struktura Podlasia w mniejszym, bądź większym stopniu przetrwała. W zachodnich rejonach województwa zamieszkiwała ludność polska, w powiatach przygranicznych dziś już niemal do końca spolonizowana ludność ruska (białoruska/ukraińska) zaś na Suwalszczyźnie litewska. Tam gdzie inne narody tam – rzecz oczywista - inne języki.

I tak w języku litewskim odpowiedzi na pytania z trzeciego przypadka udzielamy bez odpowiednika słowa „dla” ponieważ taki odpowiednik najzwyczajniej nie istnieje. W językach wschodniosłowiańskich korzystamy zaś ze wskazanego przyimka w innych sytuacjach, rzadziej. Najwłaściwsza hipoteza powstania zjawiska zakłada ciężenie do odpodobnienia się języków. Polega to mniej więcej na tym, że prości ludzie interpretowali różnice językowe na zasadzie przeciwieństwa. Jeżeli we wschodniosłowiańskich gwarach użycie „dla” jest znikome, a w polszczyźnie szeroko spotykane to znaczy, że należy go używać wszędzie. W myśl takiego poglądu powiedzenie „dla mnie podoba się ta piosenka” jest hiperpoprawne ponieważ polonizuje ukraińskie i białoruskie meni podobajetsja / mianie podobajecca. Ponieważ ludność województw Świętokrzyskiego, czy Kujawsko-Pomorskiego nie miała od kogo się odpodabniać to proces ten nie zaszedł tam w ogóle. Promieniował za to w okolicy dawnych granic językowych stąd formę z "dla" spotykamy na zwartym pasie obejmującym część warmińsko-mazurskiego, woj. podlaskie oraz Podlasie południowe (dziś część woj. lubelskiego)

Zjawisko o którym mówimy bierze swój początek w wieku XIX, a utrwala się w wieku XX. Czemu? Ponieważ do prymatu polszczyzny na Podlasiu doprowadził upadek cesarstwa Rosji i ponowne pojawienie się Polski na mapie świata po 1918. Za komuny zaś wraz z przeprowadzką białoruskiej/ukraińskiej ludności wschodniego Podlasia do miast utrwalono prymat polskiego również wśród niej samej. Wśród osób które przeszły na polszczyznę z gwar ruskich, czy litewskiego nie doszło do rozróżnienia między przykładowym: „upiec dla niego tort”, a „dla mnie złamała się noga”. Na wieloetnicznej Wileńszczyźnie przy braku „dla” w języku litewskim stosowanie go w polskim odbyło się też czysto intuicyjnie. Tym samym spotykamy tam formy takie same jak na Podlasiu polegające na nadużyciu przyimka „dla”, ale i jego braki tam gdzie wydaje się to oczywiste. Napis na jednej z widzianych przeze mnie katolickich parafii Wileńszczyzny głosi np. „Chrystus ma Tobie dobrą nowinę” zamiast naturalniejszego pod Radomiem, czy Poznaniem „Chrystus ma dla Ciebie dobrą nowinę”.
 
Raz wykształcona postawa powracała w następnych pokoleniach, a dziś jest już tak oczywista, że choćby młode pokolenie Podlaszuków nie znało, ani jednego wyrażenia z mowy dziadów tak „dać dla niego” trwa jak przedwieczne dęby. Zarówno wśród katolików jak i prawosławnych. Podobnie jest z melodyką języka. Często przywołując za „Samymi Swoimi” ludzi z Kresów parodiujemy zaciąganie, bądź wyrzucamy zaimek „się” na koniec zdania. „Mieliśmy okazję zapoznać się”,  „Jemu to dobre wydaje się”, „Dopiero położyliśmy się”. Dokładnie tak mówią dziś Polacy z Kazachstanu, Polacy z Wołynia, Ukraińcy jacy nauczyli się polskiego jeszcze przed wojną oraz starsze pokolenia Podlaszuków. Jest wspólny powód - wszyscy żyli w towarzystwie języków wschodniosłowiańskich. Brzmiały w ich rodzinnych miejscowościach, bądź nawet w rodzinnym domu. Ta miękkość głosek i szyk zdań trwały mimo stopniowego przechodzenia na literacką polszczyznę. Ceńmy więc to co zastane i nie wyśmiewajmy bo też wielu z nas szydzi w tym sposób nieświadomie z własnych korzeni.

czwartek, 8 czerwca 2017

O disco polo słów parę ;)



Choć disco polo w pewnym momencie swego istnienia rozlało się na całą Polskę, a po roku 2008/9 równie mocno powróciło do łask to jednak wciąż o jego istocie stanowi pewien mały areał między Płockiem, Ełkiem, a białoruską granicą. Gdy spojrzymy na mapę kraju to 95% zespołów przy których bawi się cała Polska pochodzi właśnie z owych terenów. Mniejsza część z Mazowsza (głównie przez wzgląd na prężnie działające tam w latach 90-tych półmafijne wytwórnie) ale starczy zwrócić uwagę na województwo podlaskie i wschodnie krańce warmińskomazurskiego i co? Im bliżej białoruskiej granicy tym ich więcej. Wzrost jest wręcz lawinowy.

Zenek Martyniuk (Akcent) - Białystok/Gredele (jądro białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce), Boys - Ełk/Prostki (wschodni kraj Warmińsko-Mazurskiego), Weekend - Sejny (pograniczne z Litwą, woj. podlaskie), Piękni i Młodzi - Łomża (historyczne Mazowsze, woj. podlaskie), Focus - Białystok, Toples/Marcin Siegieńczuk - Białystok, Bayer Full - Gostynin (woj. mazowieckie), Vexel - Czarna Białostocka, Vabank - Białystok, Shazza - Pruszków (woj. mazowieckie), Skalar - Brańsk (woj. podlaskie), Jorrgus - Stryki (woj. podlaskie), As - Dawidowicze (woj. podlaskie), Oxide - Suchowolce (woj. podlaskie), Zorka - Stare Berezowo (woj. podlaskie), Mamzel - Ostrołęka, Mega Dance - Białystok, Cliver - Ciechanów (woj. mazowieckie), Active - Ciechanów, Classic - Iłów (woj. mazowieckie), Fantastic Boys - Białystok, Mirage - Bielsk Podlaski, Time - Bielsk Podlaski, Crazy Boys - Białystok, Tomasz Niecik - Grajewo (woj, podlaskie), Bobi - Okuniew (woj, mazowieckie), Avanti - Wasilków (woj. podlaskie), Rajmund - Radzyń Podlaski (północ woj. lubelskiego), Stars - Zambrów (woj. podlaskie), Extasy - Zambrów. Można by tak mnożyć. Nie bez kozery za stolicę gatunku uchodzi Białystok.

A zatem nie wiem czy ku uciesze przeciwników czy dumie zwolenników, ale zaznaczę, iż gdyby nie określony areał disco polo NIE ISTNIAŁOBY. O.o Nadreprezentacja prawosławnych względem składu etniczno-religijnego całej Polski każe postawić tezę o tym co stanowi o istocie tej muzyki. Otóż są to:

1. Sukces Modern Talking, italo disco oraz piosenki późnoradzieckiej w Polsce końca lat 80-tych nałożony na...

2. muzykę tradycyjną/ludową polsko-ruskiego pogranicza (mazowiecką, kurpiowską, białoruską, ukraińską - patrząc ku granicy) zwiazany z....

3. estetyką wschodu promieniującą na okolicę i przekształcającą ją na swój obraz i podobieństwo.

Najważniejsza rzecz to jednak silne zakorzenienie w ziemi. Brak wielkich migracji i ciągłość pokoleniowa na zamieszkiwanych ziemiach. Zarówno Podlasie (to katolickie i prawosławne), Kurpie, Mazowsze północne, czy etnicznie polskie nawet przed 1945r. wschodnie krańce Warmińsko-Mazurskiego to spuścizna zostawiona ich mieszkańcom przez średniowieczne fale migracyjne Mazurów i Rusinów. Świat gdzie ziemia, pieśni i kultura ludowa były dziedziczone, a nie wyrywane z korzeniami przez kolejne wojny światowe. Był element stały, niezmienny.

 
Zenek Martyniuk z zespołu Akcent rodem z wioski Gredele w gminie Orla


sobota, 13 maja 2017

Etio-relacja



W dzisiejszym poście pragnę podsumować w iście multimedialny sposób kwietniową wyprawę do Etiopii. Kraj to piękny, a podróżowanie po nim (prócz potrzeby bacznego pilnowania kieszeni) nie nastręcza specjalnych problemów. Koloryt kulturowy i przyrodniczy zaś pozostawia niezatarte wrażenia na długo. Mnie trzyma już miesiąc. ;)




1.W Etiopskim autobusie cisza nie istnieje. Jak nie film to muzyka, jak nie muzyka to film +obowiązkowe trąbienie ostrzegawcze.



2.Pierwsza podróż tuk-tukiem indyjskiej produkcji. Kontakt z ulicą podczas jazdy bardzo cieszy.



3.A jeszcze bardziej cieszy obserwacja ulewy takiej jak ta z suchego miejsca...



4.Stare miasto w Harar jest pełne piszczących dzieciaków trenujących swą podstawową angielszczyznę na białych (farandżo) takich jak ja, ale i malowniczo krążących nad wszystkim orłów.



5.O ile muzułmańskie wezwanie do modlitwy z Bałkanów, czy Bliskiego Wschodu podobają mi się to w Afryce coś strasznie wyją. ;)



6.Nie zawsze trzeba było liczyć tylko na siebie. Czasem pomógł dźwigający swój niełatwy los (+ mnie) osiołek, bądź jak powyżej - muł.



7.Etiopia to również nieprawdopodobnie piękne góry wypiętrzone ok. 10 mln lat temu po zderzeniu dwóch płyt tektonicznych. Stąd przepaście takie jak ta.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Pasterz (Etiopia - góry Semien)



Jednym z najbardziej niesamowitych przeżyć z ostatniej wyprawy do
Etiopii to spotkanie grającego pasterza. Grającego na tradycyjnym
instrumencie rogu Afryki - mesinko, czyli jednostrunowych gęślach jako
żywo przypominających te widziane przeze mnie na Bałkanach. Nie byłoby w
tym nic dziwnego gdyby ów pan grał dla kogoś w restauracji, czy dla
zysku na ulicy. Tylko, że on grał dla siebie i trzech innych osób
pośrodku niczego. Niedaleko pasło się jego stado. To było trochę tak
jakby przypadkowo spotkać wędrując po Tatrach Sabałę w jego
nieodłącznych kierpcach i z ciupaską. Sabałę przygrywającego sobie jak
jego przodkowie dla zabicia czasu na gęślikach. No szok.
Dlatego właśnie o ile Polska jest już obecnie zaczepiona tylko w
rzeczywistości dwóch wieków: dwudziestego i dwudziestegopierwszego, tak w
 wielu krajach rozwijających się współistnieją obok siebie bosi pasterze
 i smartfonowi krezusi. Średniowiecze i zglobalizowane internetem
enklawy nowoczesności.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Droga do Bahar Dar

Podróż znaczy w dzisiejszych czasach tyle co względnie coraz szybsze przemieszczanie się z jakimś konkretnym celem z miejsca A do miejsca B. Rzadko jest celem samym w sobie, a jeszcze rzadziej porównać można je do wyzwania stanowiącego to główne ze stojących przed nami danego dnia czy tygodnia. Spodziewając się po mej wyprawie do Etiopii pewnych perturbacji z podróżą jako taką związanych oczekiwałem jednak obrazów rodem z Hebanu Kapuścińskiego. Trochę mniej dosłownego odczuwania czasu, nieco rozlazłości, szczyptę innego kolorytu. Wyjazd rozpoczęty w ostatnim dniu marca trwał już jednak dziesiąty dzień i nic szczególnego się nie zdarzyło. O zgrozo! Samoloty Ethiopian Airlines startowały i lądowały z niemiecką punktualnością. Tuk-tuki na uliczkach Gonder i Hararu nie psuły się i śmigały bezkolizyjnie zawożąc od drzwi do drzwi. Nawet autokar linii Ethiobus w jakim spodziewałem się przeżyć afrykańską przygodę okazał się serwować bezpłatną wodę, drożdżówki, ofertę multimedialną oraz postój obiadowy. Co jest? Czy już naprawdę wszędzie dotarły wysokie standardy globalizującej się planety? Szczęściem jedenastego dnia przydarzyła się podróż na linii Gonder - Bahar Dar.
Nigdy nie jest za późno na kupno kurczaka
Facet jaki naraił kierowcy dwóch "farandżi" (białych) zaoferował nam podróż za 180 birrów od osoby. Stanęło na 300 za mnie i mego współpodróżnika Adama. Zarzekał się przy tym tak on jak i kierowca, że podróż potrwa maksymalnie do dwóch godzin. Super. Akurat tego dnia Adam miał wysoką gorączkę i problemy żołądkowe, więc niespecjalnie zależało nam na podziwianiu krajobrazów, ani urokach drogi. Busik mieszczący do ośmiu osób wyruszył pustawy toteż głośno krzycząc "Bahar! Bahar" osobnik pełniący funkcję kasjera i naganiacza zachęcał potencjalnych podróżnych by skorzystali. Trochę ich w Gonder istotnie wsiadło, lecz jak się okazało nie dość. Upchnęliśmy nasze rzeczy na kolana pewni, że od ostatnich przedmieść miasta pełen autobus ruszy już prostą drogą do Bahar Dar w którym wnet zlądujemy. Zamiast stałego tempa zaliczaliśmy jednak żółwie kroczki spowodowane poruszaniem się po kamienistych poboczach nowo budowanej drogi, albo postoje w kolejnych mieścinach. Czasem nasz naganiacz wysiadał na takim postoju na pięć, dziesięć minut, gadał z kimś, witał się, śmiał, plotkował i targował, bądź władowywał kolejne gabaryty pasażerów na dach. Towarzyszyło temu nieustanne, głośne "Bahar! Bahar". A były te pakunki różne: mąka, cegły, albo po prostu wielkie wory z niewiadomo czym. Podczas jazdy interesowały go też nasze rzeczy. Bez ceregieli podniósł leżącego mi na kolanach powerbanka komentując coś po amharsku. Za moment powerbank wylądował tuż przy kierowcy odłożony jak własny do kieszeni. Chcąc go po paru minutach ciszy odzyskać nieco zdziwieni, aż takim zainteresowaniem usłyszeliśmy że chciano go obejrzeć. Przy wyciąganiu leków z plecaka zobaczyłem już tylko jego skierowane w moją stronę ręce. O co chodzi do cholery? Tym razem odpowiedział mi tylko tajemniczy uśmiech.
Na jednym z przystanków
Tymczasem przystanki mnożyły się. Zazwyczaj samej jazdy było może z dziesięć minut, na dziesięć minut postoju. W busie jakimś cudem upchnięto już koło dwudziestu osób mimo ośmiu miejsc. W tym całą rodzinę z gromadką dzieci. Gadatliwych w stopniu podobnym jak kierowcy. Był też nieobecny duchem duchowny chrześcijański, modniś zasłuchany w muzykę ze smartphona, młoda kobieta w sukience oraz paru innych nierzucających się w oczy współpodróżnych. Mniej więcej po 1/3 trasy kolejny przystanek. Naganiacz wychodzi krzycząc na kogoś na ulicy. Awantura. Machają rękoma, pokazują na siebie. Wykonują masę gestów podnosząc głos systematycznie. Tamten trzęsie plikami banknotów. Wtyka je, bądź zabiera. Obelgi na odchodne. Koniec. Odjeżdżamy może z kilkanaście metrów żegnani jakimiś okrzykami i zatrzymujemy się znowu z piskiem opon. Runda druga. Wychodzą już obaj kierowcy i naganiacz. Awanturnik z tyłu zebrał kilku gotowych stać po jego stronie, a może jedynie tylko kilku gapiów - trudno rozstrzygnąć. Dobre parę minut trwa jeszcze głośniejsza od poprzedniej wymiana argumentów. Gesty złości, bezsilności, protestu, lamentu. Wszystko jak leci. Wsiadają, wysiadają. Dyskutują za autobusem, obok niego, a na końcu już przed maską. Awanturnik klepie w drzwi ręką. Schodzą się kolejni gapie. Z wymiany zdań nie wynika nic poza szeregiem coraz bardziej teatralnych póz, min oraz potrząsaniem plikami pieniędzy. A pasażerowie w środku? Stoicki spokój. Wręcz znudzenie. Duchowny nie interweniuje. Zastanawiam się jakby to było na polskiej prowincji...
Niewzruszony duchowny
W końcu ruszamy. Adam jest blady jak ściana. Prosi o krótki postój w celu załatwienia potrzeby fizjologicznej. Tamci najpierw nie rozumieją, potem łaskawie zatrzymują się w szczerym polu. Adam rusza naprzód poszukując jakiejkolwiek górki by mieć chwilę prywatności. Ciężko tu o nią więc jego sylwetka maleje coraz bardziej. Pasażerowie śmieją się do rozpuku, że "farandżo" musi mieć komfort zamiast po prostu zrobić co trzeba (najpewniej na oczach wszystkich). Gdy wraca po chwili nieśpiesznie wyczerpany gorączką naganiacz gwiżdże na niego i pogania. Pogaduchy i awantury mogą być, a i owszem choć minęły już dwie godziny, a my nie byliśmy nawet w połowie trasy, ale już kilka chwil na spokojny krok dla chorego nie - pomyślałem. Adam wściekły nawet nie komentuje poklepywań i uśmiechów naganiacza przerywanych fatalną angielszczyzną i obowiązkowym "maj brozer".
Z Jezusem łatwiej o stopa
Dalsza podróż to zwieńczenie dzieła. Najpierw na kolejnym przystanku dosiada się facet z kurczakami które od tej chwili gdaczą radośnie gdzieś z tyłu. Potem naganiacz kłóci się z Adamem by posunął się nie mając za bardzo gdzie, bo znajdzie się tu miejsce dla jeszcze jednej osoby. Nie wytrzymujemy i pytamy co jeszcze ma się zamiar zmienić? Leci trzecia godzina, a oni wciąż szukają kompletu mimo, że takowy zdaje się już być tu od dawna. Teraz zabierają choremu ostatnią resztkę komfortu - miejsce na nogi. Nic to. Zabieram jeszcze jeden plecak na kolana. Po chwili skuleni do granic jedziemy dalej. Dalej? O nie. Kolejne przystanki. Na jednym dzieci i młodzież oferują podróżnym przekąski, martwe kurczaki, albo spodnie. Jazgot i chórek aż miło. Na drugim kontrola policyjna. Tradycyjne uśmiechy na widok "farandżi". Od trzeciego zaczęły się serpentyny górskie. Ostre i gwałtowne zważywszy na towarzyszące temu manewry wyprzedzania na trzeciego, czy na czwartego. Nagle słyszymy dźwięk cieczy wypuszczonej gwałtownie i lądującej gdzieś pod moim siedzeniem. Pani za mną jest zielona i wymiotuje początkowo gdziekolwiek, a potem już do podanej przez kogoś torebki. Po skończonym opróżnianiu brzucha bez ceregieli wyrzuca torebkę za okno byle gdzie. Mija czwarta godzina jazdy, a do celu wciąż kawał drogi. Piętrzyły się tylko kolejne pakunki na dachu autobusu przez co miałem wrażenie, iż niemal szorował podwoziem ziemię. Póki jedzie - jest dobrze. Co tam.
Jeszcze mam miejsca na rękę (jedną)
Ciekawi w tej podróży byli (na oko) zdrowi i silni młodzieńcy proszący bus o zatrzymanie z melodramatycznością godnej ostatniego pociągu do domu. Jak się rychło okazywało ich celem była ta sama ulica tylko np. 500 metrów dalej. Przypuszczalnie tacy osobnicy czekali na bus jakieś trzy razy dłużej niż gdyby zdecydowali się przejść te pieprzone 500 metrów. Prócz tego zanotowaliśmy też licznych wielbicieli nowych technologii. U schyłku podróży nasz autobus w połowie wypełniali młodzi faceci, z których każdy trajkotał co chwila przez komórkę zaczynając to obowiązkowo głośnym "heloł". Czy on dzwonił czy do niego dzwonili. A, że połączenie zrywało się co chwila toteż liczba połączeń zaczynanych i kończonych w podobny sposób rosła. Przez jakichś stu "heloł" na pięć minut jazdy jestem gotów przysiąc, że nawet święty przeklinałby dzień w którym wynaleziono telefonię bezprzewodową. My również.

Jakaż to była ulga gdy w końcu po pięciu godzinach podróży wjechaliśmy do Bahar Dar. Co ciekawe jeszcze na koniec trafił się korek. Nie było ani jednego cały wyjazd, ale w Bahar akurat się przydarzył. Poprosiliśmy o podwiezienie do hotelu. Trochę trwało ustalenie czy nasz nocleg zwał się "Landmark", czy "Lakemark", ale ponieważ wskazywaliśmy dokładną lokalizację na mapie dyskusja nad nazwą była w dużej mierze bezcelowa. Wreszcie wysiedliśmy my i nasze bagaże. Nasz pomocny naganiacz wysiadł z nami, ale nie tyle by nas pożegnać co raczej wyprosić napiwek bo wszak podwieźli nas te 200 m do hotelu. Nie oparł się jednak sile argumentu, że pięć, zamiast dwóch godzin jazdy to nieco zbyt dużo i tym razem będzie "no tip".  Dodam, iż przetłumaczenie mu tego przybrało dość żywiołową formę, czym prawdopodobnie zawdzięczamy fakt, że odpuścił.

Wchodząc do hotelu w Bahar uśmiechałem się jednak w duchu i cieszyłem jak dziecko. Wszak miałem nareszcie com chciał. Ponieważ wspomnienie o tym jest jednym z najżywszych od powrotu toteż zmieniam dawną dewizę: cel jest niczym - podróż wszystkim.